-Wasza miłość swoją głowę stawi, czemu my nie mamy naszych postawić? - odparł Soroka.
-Słuchać! - rzekł Kmicic. -Jeśli chytrością go nie weźmiem, to inaczej wcale nie weźmiem... Słuchać! Ja wejdę do komnat i po chwili wyjdę z księciem... Jeśli książę siądzie na mego konia, tedy ja siądę na drugiego i pojedziem... Jak odjedziemy ze sto albo z półtorasta kroków, tedy go we dwóch porwać pod pachy i w skok, co tchu w koniach!
-Wedle rozkazu! - rzekł Soroka.
-Jeśli nie wyjdziem - mówił dalej Kmicic - a usłyszycie strzał w komnacie, tedy mi gruchnąć z garłaczy po straży i konia mi podawać, jak tylko wypadnę ze drzwi.
-Tak i będzie! - rzekł Soroka.
-Naprzód! - skomenderował Kmicic.
Ruszyli i w kwadrans później stanęli przed kołowrotem starościńskiego dworu. Przy kołowrocie, po staremu, stało sześciu halabardzistów, a czterech we drzwiach sieni. Po podwórzu kręciło się przy karecie kilku masztalerzy i forysiów, których doglądał zacny jakiś dworzanin, cudzoziemiec - jak można było poznać ze stroju i peruki.
Dalej, wedle wozowni, zakładano konie do dwóch jeszcze kolasek, olbrzymi pajukowie znosili do nich łuby i sepety. Nad tymi czuwał człowiek cały czarno ubrany, z twarzy wyglądający na medyka albo astrologa.

NR: WJZQJPM WQYXKBM WQBXBGM WQXBJVM WJZPKVM