-Dobrze! - rzekł Kmicic.
Po chwili mruknął sam do siebie półgłosem:
-Ej, żeby tamci żyli teraz! Mało ludzi na taką imprezę, mało!
Tymczasem przejechali rynek i poczęli skręcać ku starościńskiemu domowi, który leżał o półtora stai dalej nad drogą.
-Stój! - rzekł nagle Kmicic.
Żołnierze stanęli, on zaś zwrócił się ku nim.
-Gotowiście na śmierć? - spytał krótko.
-Gotowi - odpowiedzieli chórem orszańscy zabijakowie.
-Leźliśmy Chowańskiemu w gardło i nie zjadł nas... Pamiętacie?
-Pamiętamy!
-Trzeba się dziś ważyć na wielkie rzeczy... Uda się, to miłościwy król nasz panów z was poczyni... Ja w tym!... Nie uda się, pójdziecie na pal!
-Co się nie ma udać! - rzekł Soroka, którego oczy poczęły błyskać jak u starego wilka.
-Uda się! - powtórzyli trzej inni: Biłous, Zawratyński i Lubieniec.
-Musimy porwać księcia koniuszego! - rzekł Kmicic.
I umilkł chcąc zbadać wrażenie, jakie szalona myśl uczyni na żołnierzy. A oni umilkli także i patrzyli w niego jak w tęczę, tylko wąsiska ruszały im się i tylko twarze stały się groźne i zbójeckie.
-Pal blisko, nagroda daleko! - rzekł Kmicic.
-Mało nas! - mruknął Zawratyński.
-To gorzej aniżeli z Chowańskim! - dodał Lubieniec.
-Wojska wszystkie w rynku, a we dworze jeno straż i dworzan ze dwudziestu - rzekł Kmicic - którzy niczego się nie spodziewają, nawet i szabel przy bokach nie mają.