I wszedł do izby.
W pół godziny później ukazał się znowu, całkiem przybrany już jak do drogi: w wysokie jałowicze buty i łosiowy kaftan obciśnięty pasem skórzanym, za którym zatknięta była krócica.
Żołnierze zauważyli także, iż spod kaftana wyglądał mu brzeg drucianej kolczugi, jak gdyby wybierał się na bitwę. Szablę też miał przypiętą wysoko, by łatwiej było chwycić za rękojeść; twarz miał dość spokojną, ale surową i groźną.
Rzuciwszy okiem na żołnierzy, czy gotowi i zbrojni należycie, siadł na koń i cisnąwszy dukata gospodarzowi wyjechał z zajazdu.
Soroka jechał przy nim, trzej inni z tyłu, prowadząc zapasowego konia. Wkrótce znaleźli się na rynku napełnionym przez wojska Bogusława. Ruch już był między nimi, bo widocznie przyszły rozkazy, aby się gotowano do drogi. Jazda dociągała popręgów u siodeł i kiełznała konie, piechota rozbierała muszkiety stojące w kozłach przed domami, do wozów zakładano konie.
Kmicic obudził się jakoby z zamyślenia.
-Słuchaj, stary - rzekł do Soroki - wszakże to od starościńskiego dworu gościniec idzie dalej, nie trzeba wracać przez rynek?
-A gdzie pojedziem, panie pułkowniku?
-Do Dębowej!
-To właśnie z rynku wedle dworu trzeba przejeżdżać. Rynek zostanie za nami.

NR: WQBXQVM WQKGGZM WJJBKQM WQQJQJM WJVXYPM