-Rozumiem po niemiecku - rzekł Kmicic.
-To chwała Bogu!... Będę mówił po niemiecku, bo mi od waszej mowy wargi pierzchną.
To rzekłszy książę wysunął dolną wargę i począł dotykać jej z lekka palcami, jakby chcąc przekonać się, czy nie opierzchła lub nie popękała; następnie spojrzał w lustro i mówił dalej:
-Doszły mnie posłuchy, że koło Łukowa jakiś szlachcic Skrzetuski ma żonę cudnej urody. Daleko to!... Ale jednak posłałem ludzi, żeby mi ją porwali i przywieźli... Tymczasem, czy uwierzysz, panie Kmicic, nie znaleziono jej w domu!
-Szczęście to - rzekł pan Andrzej - bo to żona zacnego kawalera, sławnego zbarażczyka, któren ze Zbaraża przez wszystką potęgę Chmielnickiego się przedarł.
-Męża oblegano w Zbarażu, a ja bym żonę obległ w Tykocinie... Czy myślisz waćpan żeby się tak samo zacięcie broniła?
-Wasza książęca mość byś rady wojennej przy takim oblężeniu nie potrzebował, niechże się i bez mojej opinii obejdzie - odrzekł szorstko pan Andrzej.
-Prawda! szkoda o tym mówić - odrzekł książę. -Wracam do sprawy: czy waćpan masz jeszcze jakie listy?
-Do waszej książęcej mości co miałem, to oddałem, a oprócz tego ma do króla szwedzkiego. Czy waszej książęcej mości nie wiadomo, gdzie go mam szukać?