Ludzie też i konie, idące jednym niemal tchem z Kiejdan (bo małe tylko popasy czynili dotąd przez drogę), potrzebowali odpoczynku, więc pan Andrzej kazał żołnierzom zdjąć juki z koni i roztasować się w karczmie na dobre.
Na drugi dzień przekonał się, że uczynił nie tylko roztropnie, ale i mądrze, albowiem zaledwie rano zdołał szaty przywdziać, gdy oberżysta stanął przed nim.
-Nowinę przynoszę waszej miłości - rzekł.
-A dobrą?
-Ni złą, ni dobrą, jeno że mamy gości. Okrutny dwór zjechał tu dziś rano i stanął w starościńskim domu. Jest regiment piechoty, a co jazdy, karet, co służby!... Ludzie myśleli, że to sam król przyjechał.
-Jaki król?
Karczmarz począł obracać czapkę w ręku.
-Prawda, że to mamy teraz dwóch królów, ale nie żaden z nich przyjechał, jeno książę koniuszy.
Kmicic zerwał się na równe nogi.
-Co za książę koniuszy? książę Bogusław?...
-Tak jest, wasza miłość. Brat stryjeczny księcia wojewody wileńskiego.
Pan Andrzej aż w ręce klasnął ze zdziwienia.
-O, to się spotkamy!
Karczmarz zrozumiawszy, że jego gość jest znajomym księcia Bogusława, skłonił się niżej niż poprzedniego dnia i wyszedł z izby, a Kmicic począł ubierać się pośpiesznie i w godzinę później był już przed domem starościńskim.

NR: WQKVJYM WQPJBGM WQBQBKM WJZYZJM WQXVZYM