Oczy Kmicica poczęły świecić gniewem.
-To i nam trzeba na ratunek! - zakrzyknął Kokosiński.
-Wojsko łyczkowie oprymują! - wołał Ranicki, któremu plamy czerwone, białe i ciemne całą twarz zaraz pokryły. -Szach, szach! mości panowie!
Zend zaśmiał się zupełnie tak, jak śmieje się puszczyk, aż się konie zestraszyły, a Rekuć podniósł oczy w górę i piszczał:
-Bij! kto w Boga wierzy! z dymem łyków!
-Milczeć! - huknął Kmicic, aż las odegrzmiał, a stojący najbliżej Zend zatoczył się jak pijany. -Nic tam po was! nie potrzeba tam siekaniny!... Siadać wszyscy w dwoje sani, mnie jedne zostawić i jechać do Lubicza! Tam czekać, chybabym przysłał po sukurs.
-Jak to? - zaoponował Ranicki.
Ale pan Andrzej położył mu rękę pod szyję i tylko oczyma straszniej jeszcze zaświecił.
-Ni pary z gęby! - rzekł groźnie.
Umilkli; widać się go bali, chociaż tak zwykle byli z nim poufale.
-Wracaj, Oleńko, do Wodoktów - rzekł Kmicic - albo jedź po ciotkę Kulwiecównę do Mitrunów. Ot! i kulig się nie udał. Wiedziałem, że oni tam spokojnie nie usiedzą... Ale zaraz tam będzie spokojniej, jeno łbów kilka zleci. Bądź waćpanna zdrowa i spokojna, pilno mi będzie z powrotem...
To rzekłszy ucałował jej ręce i otulił w wilczurę; potem siadł do innych sani i zakrzyknął na woźnicę:
-Do Upity!

NR: WQKYKGM WQVGPGM WQVGZVM WQBJKBM WQYZYYM