-Proszę - rzekł Kmicic - aby tu miecznik rosieński i ona... jakowej krzywdy nie doznali!...
-Bądź pewien. Ale to widzę, że ty tę dziewkę jeszcze miłujesz?
-Nie może być! - rzekł Kmicic. -Zali ja wiem!... Godzinę ją miłuję, godzinę nienawidzę... Diabeł jeden wie! Skończyło się wszystko, jakom rzekł... jedna męka została... Nie chcę ja jej, ale nie chcę, by ją inny brał... Wasza książęca mość niech tego nie dopuści... Sam nie wiem, co gadam... Jechać mi, jechać jak najprędzej! Niech wasza książęca mość nie zważa na moje słowa. Bóg mi wróci rozum, jeno za bramę wyjadę...
-Rozumiem to, że póki z czasem afekt nie ostygnie, to choć się samemu nie chce, przecie parzy myśl, że inny weźmie. Ale bądź o to spokojny, bo nikogo tu nie dopuszczę, a wyjechać stąd, nie wyjadą. Wkrótce wszędy pełno będzie obcego żołnierza i niebezpieczno!... Najlepiej ją do Taurogów wyprawię, pod Tylże, gdzie księżna bawi... Bądź spokojny, Jędrek!... Idź gotuj się do drogi, a przychodź do mnie na obiad...
Kmicic skłonił się i wyszedł, a Radziwiłł począł oddychać głęboko. Rad był z wyjazdu Kmicica. Została mu jego chorągiew i jego nazwisko, jako stronnika, a o osobę mniej dbał.
Owszem, Kmicic wyjechawszy mógł mu oddać znaczne posługi; w Kiejdanach ciężył mu już od dawna. Hetman pewniejszym był go z daleka niż z bliska. Dzika fantazja i zapalczywość Kmicica mogły lada chwila sprowadzić w Kiejdanach wybuch i zerwanie, nader niebezpieczne dla obydwóch. Wyjazd usuwał niebezpieczeństwo.
-Jedźże, diable wcielony, i służ! - mruknął książę poglądając na drzwi, którymi odszedł chorąży orszański.
Następnie zawołał pazia i rozkazał prosić do siebie Ganchofa.
-Obejmiesz chorągiew Kmicicową - rzekł mu - i komendę nad całą jazdą. Kmicic wyjeżdża.
Przez zimną twarz Ganchofa przebiegł jakoby błysk radości. Omijała go misja, ale spotkała wyższa szarża.
Skłonił się więc w milczeniu i rzekł:
-Wierną służbą za łaskę waszej książęcej mości się wypłacę!
Po czym wyprostował się i czekał.
-A co powiesz więcej? - rzekł książę.
-Wasza książęca mość! przyjechał tu dziś rano szlachcic z Wiłkomierza, który przywiózł wieść, że pan Sapieha na waszą książęcą mość z wojskami ciągnie.
Radziwiłł drgnął, lecz w mgnieniu oka opanował wrażenie.
-Możesz odejść! - rzekł do Ganchofa.
Po czym zamyślił się głęboko.