Biesiadnicy wstali prócz niewiast i spełnili kielichy, ale bez okrzyków, bez zapału. Pan Szczepaniecki z Dalnowa pomrukiwał coś do sąsiadów, a ci gryźli wąsy, by się nie roześmiać, widocznie dworował sobie z króla szwedzkiego.
Dopiero gdy książę wzniósł drugie zdrowie "kochanych gości", łaskawych na Kiejdany, którzy przybyli nawet i z dalekich stron, aby zaświadczyć o ufności swej w zamiary gospodarza - odpowiedział mu gromki okrzyk:
-Dziękujemy! dziękujemy z serca!
-Zdrowie księcia pana!
-Naszego Hektora litewskiego!
-Niech żyje! Niech żyje książę hetman, wojewoda nasz!
Wtem pan Jurzyc, już trochę pijany, zakrzyknął całą siłą płuc:
-Niech żyje Janusz Pierwszy, wielki książę litewski!
Radziwiłł poczerwieniał cały jak panna, którą dziewosłębią, ale zmiarkowawszy, że zgromadzeni milczą głucho i poglądają na niego ze zdumieniem, rzekł:
-W waszej i to mocy, ale za wcześnie mi waćpan życzysz, panie Jurzyc, za wcześnie!
-Niech żyje Janusz Pierwszy, wielki książę litewski! - powtórzył z uporem pijanego pan Jurzyc.
Pan Szczaniecki wstał z kolei i wzniósł kielich.
-Tak jest! - rzekł z zimną krwią. -Wielki książę litewski, król polski i cesarz niemiecki.
Znów nastała chwila milczenia - nagle biesiadnicy wybuchli śmiechem. Oczy wyszły im na wierzch, wąsy poruszały się na zaczerwienionych twarzach i śmiech wstrząsał ich ciała, odbijał się od sklepień sali i trwał długo, a jak nagle powstał, tak nagle i obumarł na wszystkich ustach na widok twarzy hetmańskiej, która mieniła się jak tęcza.