-Pokazaliśmy się jak kpy! - rzekł ze złością Ranicki - ale największy kiep Kokosiński!
-O zdrajco! Mnieś to łokciem pchał - trzeba ci było samemu ze swoją cętkowaną gębą wystąpić!
-Zgoda, barankowie, zgoda! - rzekł Kmicic. -Dziwić się wam wolno, ale nie kłócić.
-Ja bym za nią w ogień skoczył! - zawołał Rekuć. -Zetnij, Jędrusiu, ale tego nie zaprę!
Kmicic jednak nie myślał ścinać, owszem, kontent był, wąsa podkręcał i triumfalnie na towarzyszów poglądał. Tymczasem weszła panna Aleksandra ubrana już w kuni kołpaczek, pod którym jasna jej twarz wydawała się jeszcze jaśniejszą. Wyszli na ganek.
-To tymi saniami pojedziem? - pytała panienka ukazując na srebrzystego niedźwiedzia - jeszczem też słuszniejszych sani w życiu nie widziała.
-Nie wiem, kto tam nimi przedtem jeździł, bo zdobyczne. Teraz my we dwoje będziemy jeździli, i bardzo się nadadzą, gdyż i u mnie w herbie panna na niedźwiedziu się prezentuje. Są inni Kmicicowie, którzy się Chorągwiami pieczętują, ale ci idą od Filona Kmity Czarnobylskiego, a ten zaś znów nie był z tego domu, z którego wielcy Kmitowie się wywodzili.
-A onego niedźwiadka kiedyżeś waćpan zdobył?
-A teraz, w tej już wojnie. My biedni exules, którzyśmy od fortun odpadli, to jeno mamy, co wojna łupem da. A żem tej pani wiernie służył, więc i nagrodziła.