-Nie udało ci się jako i mnie - rzekł, gdy Kmicic stanął przed nim. -Mówił mi już miecznik rosieński, żeś wpadł w ręce tego małego diabła.
-Tak jest! - rzekł Kmicic.
-I list mój cię wyratował?
-O którym liście wasza książęca mość mówisz? Bo oni, przeczytawszy sami ten, który znaleźli przy mnie, przeczytali mi w nagrodę drugi, któryś wasza książęca mość do komendanta birżańskiego pisał...
Ponura twarz Radziwiłła pokryła się jakoby krwawym obłokiem.
-Więc ty wiesz?
-Wiem! - odrzekł zapalczywie Kmicic. -Jak wasza książęca mość mogłeś tak ze mną postąpić? Szlachcicowi prostemu wstyd słowo łamać, a cóż dopiero księciu i wodzowi...
-Milcz - rzekł Radziwiłł.
-Nie zmilczę, bom tam przed tymi ludźmi oczami za waszą książęcą mość świecić musiał! Ciągnęli mnie, żebym do nich przystał, a jam nie chciał i powiedziałem im: "Radziwiłłowi służę, bo przy nim słuszność, przy nim cnota!" Na to pokazali mi ów list: "Patrz, jaki twój Radziwiłł!" - a jam musiał gębę stulić i wstyd łykać...
Wargi hetmana poczęły drgać z wściekłości. Ogarnęła go dzika żądza skręcić tę zuchwałą głowę z karku i już, już ręce podnosił, aby na służbę zaklaskać. Gniew zasłaniał mu oczy, tamował oddech w piersiach i pewnie drogo by przyszło Kmicicowi zapłacić za wybuch, gdyby nie nagły atak astmy, który w tej chwili pochwycił księcia. Twarz mu sczerniała, zerwał się z krzesła i rękoma począł bić powietrze, oczy wyszły mu na wierzch głowy, a z gardzieli wydobył się chrapliwy ryk, w którym Kmicic zaledwie zrozumiał słowo: