-Nie sprostałabym ja waćpanom w wymowie - rzekła - ale to wiem, żem niegodna tych hołdów, które mi w imieniu całego Orszańskiego składacie.
I znowu dygnęła z nadzwyczajną powagą, a orszańskim zabijakom jakoś nieswojsko było wobec tej dwornej panny. Starali się pokazać jako ludzie grzeczni i nie szło im w ład. Więc poczęli ciągnąć się za wąsy, mruczeć, kłaść ręce na szable, aż Kmicic rzekł:
-Przyjechaliśmy tu niby kuligiem w tej myśli, żeby waćpannę zabrać i do Mitrunów przez lasy przewieźć, jako wczoraj była ugoda. Sanna okrutna, a i pogodę Bóg zdarzył mroźną.
-Jużem ja ciotkę Kulwiecówną do Mitrunów wysłała, żeby nam posiłek przyrządziła. A teraz maluczko waćpanowie poczekajcie, jeno się nieco cieplej przyodzieję.
To rzekłszy zawróciła się i wyszła, a Kmicic skoczył do towarzyszy.
-A co, mili barankowie? nie księżna?... A co, Kokoszko? to mnie, mówiłeś, osiodłała, a czemu to jako żak przed nią stałeś?... Gdzieś taką widział?
-Nie trzeba mi było w gębę dmuchać, choć nie neguję, żem się do takiej perony mówić nie spodziewał.
-Nieboszczyk podkomorzy - rzekł Kmicic - więcej z nią w Kiejdanach na dworze księcia wojewody albo u państwa Hlebowiczów przesiadywał niż w domu, i tam to tych górnych manier nabrała. A uroda - co?... Pary jeszcze nie umiecie z gęby puścić!