-Tu nie ma o tym mowy - odpowiedział Wołodyjowski.
-Aj! - rzekł Skrzetuski biorąc się oburącz za głowę - jakie to szczęście, żeś ojciec zaraz tam list przeczytał, zamiast się z nim wracać do nas...
-Waści szpakami musieli za młodu karmić! - zawołał Mirski
-Ha! co? - zawołał Zagłoba. -Każdy inny wpierw by wrócił z wami list czytać, a tamtemu by przez ten czas w łeb ołowiu napchano. Ale jak mi tylko przyniesiono papier, który przy nim znaleziono, tak zaraz mnie coś tknęło, iże to z przyrodzenia mam do wszystkiego ciekawość. A tam dwóch z latarkami szło naprzód i już byli na łące. Mówię im tedy: "Poświećcie no mi, niech wiem, co tu stoi..." I zacząłem czytać... To mówię waćpanom, aż mnie zmroczyło, jakby mnie kto pięścią w łysinę buchnął. "Na Boga! - mówię - panie kawalerze, czemu to tego listu nie pokazałeś?" A on na to: "Bo mi się nie spodobało!" Taka jucha harda, nawet w godzinę śmierci. Ale ja, kiedy to go nie porwę, kiedy nie zacznę obejmować. "Dobrodzieju - mówię - żeby nie ty, już by nas wrony strawiły!" Kazałem go tedy nazad brać i tu prowadzić, a sam ledwiem z konia ducha nie wyparł, ażeby wam jak najprędzej powiedzieć, co się przygodziło... Uf!...
-Dziwny to jest człowiek, w którym, widać, tyle dobrego, co i złego mieszka - rzekł Stanisław Skrzetuski. -Gdyby tacy nie chcieli...