Godni kawalerowie, szurgając wciąż nogami, trącali jednocześnie pana Kokosińskiego.
-Hajda! wystąp!
Pan Kokosiński posunął się krok naprzód, chrząknął i tak rozpoczął:
-Jaśnie wielmożna panno podkomorzanko...
-Łowczanko - poprawił Kmicic.
-Jaśnie wielmożna panno łowczanko, a nam wielce miłościwa dobrodziejko! - powtórzył zmieszany pan Jaromir - wybacz waćpanna, jeżelim się w godności pomylił...
-Niewinna to omyłka - odrzekła panna Aleksandra - i nic ona tak wymownemu kawalerowi nie ujmuje...
-Jaśnie wielmożna panno łowczanko dobrodziko, a nam wielce miłościwa pani!... Nie wiem, co mi w imieniu całego Orszańskiego więcej wysławiać przystoi, czy nadzwyczajną waćpanny dobrodziki urodę i cnotę, czy niewypowiedzianą szczęśliwość rotmistrza i komilitona naszego, pana Kmicica, bo chociażbym się wzbił pod obłoki, chociażbym samych obłoków dosięgnął... samych, mówię, obłoków...
-A zleźże już raz z tych obłoków! - zakrzyknął Kmicic.
Na to kawalerowie parsknęli jednym ogromnym śmiechem i nagle, wspomniawszy na przykaz Kmicica, chwycili się rękoma za wąsy.
Pan Kokosiński zmieszał się do najwyższego stopnia, zaczerwienił się i rzekł:
-Witajcieże sami, poganie, kiedy mnie konfundujecie!
Wtem panna Aleksandra ujęła się znowu koniuszkami palców za suknię.