-Mogęż ja ufać słowu waszmości?
-Jako Zawiszy! - odparł Kmicic.
W tej chwili panna Aleksandra weszła do komnaty. Kmicic zbliżył się szybko ku niej; lecz nagle wspomniał, co zaszło w Kiejdanach, i jej twarz zimna przykuła go na miejscu, więc skłonił się w milczeniu z daleka.
Miecznik stanął przed nią.
-Mamy jechać do Kiejdan! - rzekł.
-A to po co? - spytała.
-Bo książę hetman prosi...
-Bardzo uprzejmie!... po sąsiedzku!... - dodał Kmicic.
-Tak! Bardzo uprzejmie - rzekł z pewną goryczą pan miecznik - ale jeżeli nie pojedziem dobrowolnie, to ten kawaler ma rozkaz dragonami nas otoczyć i siłą wziąć.
-Niechże Bóg broni, aby do tego przyszło! - rzekł Kmicic.
-Nie mówiłamże stryjowi - rzekła panna Aleksandra - uciekajmy jak najdalej, bo nas tu nie zostawią w spokoju... Ot, i sprawdziło się!
-Cóż robić? cóż robić? na gwałt nie masz lekarstwa! - zawołał miecznik.
-Tak jest - rzekła panna - ale my do tego haniebnego domu nie powinniśmy dobrowolnie jechać. Niechże nas zbójcy biorą, wiążą i wiozą... Nie my jedni będziem cierpieli prześladowanie, nie nas jednych pomsta zdrajców dosięgnie; ale niech wiedzą, że wolimy śmierć niż hańbę.
Tu zwróciła się z wyrazem najwyższej pogardy do Kmicica.
-Zwiążże nas, panie oficerze czy panie kacie, i przy koniach poprowadź, bo inaczej nie pojedziem!