-Tak jest - rzekł miecznik - sam ją wysłałem, by wyjrzała, kto przyjechał.
-Czekam na odpowiedź, panie mieczniku dobrodzieju! - rzekł Kmicic.
W tej chwili pachołek wniósł światło i postawił je na stole; przy blasku świec widać było twarz pana miecznika zmieszaną bardzo.
-Zaszczyt to dla mnie niemały - rzekł - ale... zaraz nie mogę... Widzisz waszmość, że mam gości... Zechciej mnie przed księciem hetmanem wyekskuzować...
-Już też, panie mieczniku, zgoła to nie przeszkoda, bo przecież ichmościowie księciu panu ustąpią.
-Sami mamy języki w gębie i możemy za siebie odpowiadać! - rzekł pan Chudzyński.
-Nie czekając, co kto o nas postanowi! - dodał pan Dowgird z Plemborga.
-Widzisz, panie mieczniku - odrzekł Kmicic udając, że bierze za dobrą monetę burkliwe słowa szlachty - wiedziałem, że polityczni to kawalerowie. Zresztą, by im nie ubliżyć, proszę ich także w imieniu księcia do Kiejdan.
-Zbytek łaski! - odrzekli obaj - mamy co innego do roboty.
Kmicic spojrzał na nich szczególnym wzrokiem, a potem rzekł zimno, jak gdyby do czwartej jakiejś osoby:
-Gdy książę prosi, nie wolno odmawiać!
Na to tamci podnieśli się z krzeseł.
-Więc to przymus? - rzekł pan miecznik.
-Panie mieczniku dobrodzieju - odparł żywo Kmicic. -Tamci ichmościowie pojadą, czy chcą czy nie chcą, bo mnie się tak spodobało, ale względem waszmości nie chcę siły używać i proszę najuprzejmiej, byś woli księcia zadość uczynić raczył. Ja jestem na służbie i mam rozkaz waćpana przywieźć, ale póki nie stracę nadziei, że prośbą coś wskóram, póty prosić nie przestanę... i na to waszmości przysięgam, że włos ci tam z głowy nie spadnie. Książę chce się rozmówić z tobą i chce, abyś w tych czasach niespokojnych, w których nawet chłopstwo w kupy zbrojne się zbiera i rabuje, w Kiejdanach zamieszkał. Ot, cała rzecz! Będziesz tam waćpan traktowany z należytym szacunkiem, jako gość i przyjaciel, dajęć na to parol kawalerski.