-Myślę, że o tej swawoli w Lubiczu nie może ona jeszcze wiedzieć - rzekł jakby do siebie samego Kmicic.
Po czym zwrócił się do towarzysza:
-Moja Kokoszko, zapowiadam tobie, a ty powtórz jeszcze raz innym, że tu musicie się przystojnie zachować, a niech który sobie w czymkolwiek pofolguje, jak mi Bóg miły, na sieczkę potnę.
-No! ależ cię osiodłali!
-Osiodłali, nie osiodłali - tobie zasię!
-Nie patrz mi na Kasię, bo ci do niej zasię - rzekł flegmatycznie Kokosiński.
-Pal z bata! - krzyknął na woźnicę Kmicic.
Pachołek, stojący w szyi srebrzystego niedźwiedzia, zakręcił batem i wystrzelił bardzo sprawnie, inni woźnice poszli za jego przykładem i zajechali wśród trzaskania, raźno, wesoło, jakoby kulig.
Wysiadłszy z sanek weszli naprzód do sieni, ogromnej jak spichrz, nie bielonej, a stąd prowadził pan Kmicic do jadalnej izby, przybranej jak w Lubiczu w czaszki pobitych zwierząt. Tu się zatrzymali poglądając pilnie i ciekawie na drzwi do sąsiedniej komnaty, z której wyjść miała panna Aleksandra. Tymczasem, mając widocznie w pamięci ostrzeżenie pana Kmicica, rozmawiali ze sobą tak cicho jak w kościele.
-Tyś chłop mowny - szeptał pan Uhlik do Kokosińskiego - ty ją powitasz od nas wszystkich.
-Układałem sobie przez drogę - odrzekł pan Kokosiński - ale nie wiem, czyli będzie dość gładko, bo mi Jędruś do konceptu przeszkadzał.