-Nie przecz, Jędrusiu mówił Ranicki, na którego twarz wystąpiły cętki jak na skórze rysia - nie przecz, Jędrusiu, przepadliśmy z kretesem...
Tu się zaciął, przyłożył palec do czoła, jakby głowę wysilał, i nagle rzekł spojrzawszy baranimi oczyma na obecnych:
-Chyba, że się fortuna odmieni!
A wszyscy zawrzaśli zaraz chórem:
-Co się nie ma odmienić!
-Jeszcze za swoje zapłacimy.
-I do fortun dojdziem.
-I do godności!
-Bóg niewinnym błogosławi. Dobra nasza, mości panowie!
-Zdrowie wasze! - zawołał Kmicic.
-Święte słowa twoje, Jędrusiu! - odparł Kokosiński nadstawiając mu swe pucołowate policzki. -Bogdaj nam się lepiej działo!
Zdrowia zaczęły krążyć, czupryny dymić. Gadali wszyscy jeden przez drugiego, a każdy siebie tylko słyszał, z wyjątkiem pana Rekucia, bo ten głowę spuścił na piersi i drzemał. Po chwili Kokosiński jął śpiewać: "Len mędliła na mędlicy!" - co widząc pan Uhlik dobył z zanadrza czekanika i nuż wtórować, a pan Ranicki, wielki fechmistrz, fechtował się gołą ręką z niewidzialnym przeciwnikiem, powtarzając półgłosem:
-Ty tak, ja tak! ty tniesz, ja mach! raz! dwa! trzy! - szach!
Olbrzymi Kulwiec-Hippocentaurus wytrzeszczał oczy i przypatrywał się pilnie czas jakiś Ranickiemu, na koniec kiwnął ręką i rzekł: