-Michale, zeskocz, zginiesz tam! - zawołał Jan.
-Za nic. Kule idą wyżej, a z armat właśnie w przeciwną stronę. Za nic nie zejdę.
I pan Wołodyjowski, chwyciwszy jeszcze silniej z kratę, wciągnął się cały we wgłębienie okna, gdzie już nie potrzebował ramion Skrzetuskiego do podpory. W piwnicy uczyniło się wprawdzie ciemno, bo okienko było małe i pan Michał, choć szczupły, przesłonił je całkowicie, ale natomiast towarzysze pozostali na dole mieli każdej minuty świeże wiadomości z pola bitwy.
-Widzę teraz! - krzyknął pan Michał. -Węgrzyni o ścianę się wsparli, stamtąd strzelają... Ha! bałem się, żeby się w kąt nie zatłoczyli, bo armaty by ich w mig zniszczyły. Sprawny żołnierz! Jak mi Bóg miły! Bez oficerów wie, co trzeba. Dym znowu! Nie widzę nic...
Strzały poczęły słabnąć.
-Boże miłosierny! nie odkładaj kary! - wołał Zagłoba.
-A co, Michale? - pytał Skrzetuski.
-Szkoci idą do ataku.
-Pioruny siarczyste! że musimy tu siedzieć! - zakrzyknął Stanisław.
-Już są! Halabardnicy! Węgrzyni na szable ich biorą! Ach! boże! że nie możecie widzieć! Co za żołnierze!
-I ze sobą się biją, zamiast z nieprzyjacielem.
-Węgrzyni górą! Szkoci od lewego cofają się. Jak Boga kocham! Dragoni Mieleszki przechodzą na ich stronę!... Szkoci we dwóch ogniach. Korf nie może z dział razić, bo i Szkotów by psował. Widzę już i Ganchofowe mundury między Węgrami. Idą do ataku na bramę. Chcą się wydostać stąd. Idą jak burza! Wszystko łamią!