-Łowy tu muszą być przednie, bo widzę i zwierza dostatek! - rzekł Kmicic.
-Jutro zaraz pojedziem albo pojutrze. Trzeba i okolicę poznać - odparł Kokosiński. -Szczęśliwyś ty, Jędrusiu, że masz gdzie głowę przytulić!
-Nie tak jak my! - jęknął Ranicki.
-Wypijmy na pocieszenie! - rzekł Rekuć.
-Nie! nie na pocieszenie! - odpowiedział Kulwiec-Hippocentaurus - ale jeszcze raz za zdrowie Jędrusia, naszego rotmistrza kochanego! On to, moi mości panowie, przytulił nas tu w swoim Lubiczu, nas, biednych exulów, bez dachu nad głową.
-Słusznie mówi! - zawołało kilka głosów. -Nie taki głupi Kulwiec, jak się wydaje.
-Ciężka nasza dola! - piszczał Rekuć. -W tobie cała nadzieja, że nas za wrota, sierot biednych, nie wygonisz.
-Dajcie spokój! - mówił Kmicic - co moje, to i wasze!
Na to powstali wszyscy ze swych miejsc i poczęli go w ramiona brać. Łzy rozczulenia płynęły po tych twarzach srogich i pijackich.
-W tobie cała nadzieja, Jędrusiu! - wołał Kokosiński - choć na grochowinach pozwól się przespać, nie wyganiaj!
-Dajcie spokój! - powtarzał Kmicic.
-Nie wyganiaj! i tak nas wygnali, nas, szlachtę i familiantów! - wołał żałośnie Uhlik.
-Do stu kaduków! Któż was wygania? jedzcie, pijcie śpijcie, czego, u diabła, chcecie?