Ci tedy otoczyli śmiejącego się pana Andrzeja; Kokosiński podniósł uszniak do góry i zaintonował:

Wypijże z nami, gospodarzu miły,

gospodarzu miły!

Byś pić mógł z nami aże do mogiły,

aże do mogiły!

Inni powtórzyli chórem, po czym pan Kokosiński wręczył Kmicicowi uszniak, a jemu samemu podał zaraz inny pucharek pan Zend.
Kmicic podniósł w górę roztruchan i zakrzyknął:
-Zdrowie mojej dziewczyny!
-Vivat! Vivat! - krzyknęły wszystkie głosy, aż szyby poczęły drżeć w ołowianych oprawach.
-Vivat! Przejdzie żałoba, będzie weselisko!
Pytania poczęły się sypać:
-A jakoż wygląda? Hej! Jędruś! bardzo gładka? Czy taka jak sobie imaginowałeś? Jest li druga taka w Orszańskiem?
-W Orszańskiem? - zawołał Kmicic. -Kominy przy niej naszymi orszańskimi pannami zatykać!... Do stu piorunów! nie masz takiej drugiej na świecie!
-Tegośmy dla ciebie chcieli! - odpowiedział pan Ranicki. -Ano, kiedy wesele?
-Jak się żałoba skończy.
-Furda żałoba! Dzieci się czarne nie rodzą, jeno białe!
-Jak będzie wesele, to nie będzie żałoby. Ostro, Jędrusiu!
-Już tam chorążętom orszańskim tęskno z nieba na ziemię! - krzyknął Kokosiński.
-Nie daj czekać niebożętom!
-Mości panowie! - rzucił cienkim głosem Rekuć-Leliwa - popijem się na weselu jak nieboskie stworzenia!