-Jam zawsze za wolą dziadusia szła chętnie - odparła spuszczając oczy panienka.
-A dajże jeszcze rączyny ucałować, moja słodka dziewczyno! Dalibóg, okrutnieś mi do serca przypadła. Tak mnie sentyment rozebrał, że nie wiem, jak do owego Lubicza trafię, któregom jeszcze nie widział.
-Dam waćpanu przewodnika.
-Ej, obejdzie się. Już ja przywykłem tłuc się po nocach. Mam pachołka z Poniewieża, który powinien drogę znać. a tam mnie Kokosiński z kompanami czeka... wielcy to familianci u nas Kokosińscy, którzy się Pypką pieczętują... Tego niewinnie bezecnym ogłoszono za to, że panu Orpiszewskiemu dom spalił i dziewkę porwał, a ludzi wyciął... Godny towarzysz!... Dajże jeszcze rączyny. Czas, widzę, jechać!
Wtem północ poczęła bić z wolna na wielkim gdańskim zegarze w jadalnej izbie stojącym.
-Dla Boga! czas! czas! - zawołał Kmicic. -Nic tu już nie wskóram! Miłujeszże mnie choć na obwinięcie palca?
-Kiedy indziej odpowiem. Przecie będziesz mnie waćpan odwiedzał?
-Co dzień! chybaby się ziemia pode mną rozpadła. Niech mnie usieką!...
To rzekłszy Kmicic wstał i wyszli oboje do sieni. Sanki czekały już przed gankiem, więc ubrał się w szubę i żegnać ją począł prosząc, by do komnat wrócił, bo z ganku zimno leci.