Tu przymknął oczy, po czym otworzył je znowu na chwilę, mruknął jeszcze: "Zmęczyły mnie dzieciska..." - i usnął na dobre.
Spał dość długo, ale po pewnym czasie zbudził go lekki powiew chłodniejszego powietrza oraz rozmowa i kroki dwóch mężów zbliżających się szybko pod lipę. Jeden z nich był to pan Jan Skrzetuski, słynny zbarażczyk, który od miesiąca wróciwszy od hetmanów z Ukrainy bawił w domu, lecząc się z febry upartej; drugiego nie znał pan Zagłoba, chociaż wzrostem, postawą i nawet rysami twarzy wielce był do Jana podobny.
-Przedstawiam wam, ojcaszku - rzekł Jan - stryjecznego mego, pana Stanisława Skrzetuskiego ze Skrzetuszewa, rotmistrza kaliskiego.
-Waszmość pan tak do Jana podobny - odparł Zagłoba mrugając oczyma i strząsając resztki snu z powiek - że gdzie bym waszmości spotkał, zaraz bym powiedział: "Skrzetuski!" Hej, co za gość w domu!
-Miło mi zabrać znajomość z waćpanem dobrodziejem - odparł Stanisław - tym bardziej że imię znane mi było dobrze, bo je rycerstwo w całej Rzeczypospolitej ze czcią powtarza i za przykład podaje.
-Nie chwaląc się, robiło się, co mogło, póki się siłę czuło w kościach. Jeszcze i teraz rad by człek wojny pokosztował, bo consuetudo altera natura. Ale czemu to waćpanowie tak strapieni jesteście, aż Janowi oblicze pobladło?