Tu pan Zagłoba - on to był bowiem - spostrzegł, iż nie wypada mu ani zaklinać się, ani przeklinać wobec chłopaków, więc chociaż w braku innych słuchaczów lubił i dzieciom opowiadać o swych dawniejszych przewagach, zamilkł tym razem, zwłaszcza że ryby w stawie poczęły się rzucać z podwójną siłą.
-Trzeba będzie powiedzieć ogrodniczkowi - rzekł - aby więcierze na noc zastawił; siła zacnych ryb przy samym brzegu się tłucze.
Wtem drzwi domu wychodzące na ogród otworzyły się i ukazała się w nich kobieta, piękna jak południowe słońce, wysoka, tęga, czarnowłosa, z ciemnymi rumieńcami na twarzy i oczyma jak aksamit. Trzeci chłopak, trzylatek, czarny jak kulka agatu, trzymał się za jej suknię, a ona nakrywszy oczy ręką poczęła patrzeć w kierunku lipy.
Była to pani Helena Skrzetuska z domu kniaziów Bułychów-Kurcewiczów.
Ujrzawszy pana Zagłobę z Jaremką i Longinkiem pod lipą posunęła się kilka kroków ku fosie wypełnionej wodą i zawołała:
-A bywajcie no, chłopcy! Pewnie tam dziadusiowi dokuczacie?
-Co mają dokuczać! Wcale się tu przystojnie zachowali - odpowiedział pan Zagłoba.
Chłopaki skoczyły ku matce, a ona rzekła:
-Co tatuś woli dziś pić, dębniaczek czyli miód?
-Świnina była na obiad, to miód będzie grzeczniejszy.