To rzekłszy pan Andrzej znów się rozśmiał, wychylił kielich wina i dodał:
-Takich drapichrustów jeszcze waćpanna w życiu nie widziała. Niech im kat świeci! Oficyjerowie - wszystko szlachta z naszych stron, familianci, godni ludzie, ale prawie na każdym jest kondemnatka. Siedzą teraz w Lubiczu, bo co miałem innego z nimi robić?
-To waćpan z całą chorągwią do nas przyciągnął?...
-Tak jest. Nieprzyjaciel zamknął się w miastach, bo zima okrutna! Moi ludzie też się zdarli jako miotły od ciągłego zamiatania, więc mi książę wojewoda hiberny w Poniewieżu naznaczył. Dalibóg, dobrze to zasłużony odpoczynek!
-Jedz waćpan, proszę.
-Ja bym dla waćpanny i truciznę zjadł!... Zostawiłem tedy część mojej hołoty w Poniewieżu, część w Upicie, a godniejszych kompanionów do Lubiczam w gościnę zaprosił... Ci przyjadą waćpannie czołem bić.
-A gdzież waćpana laudańscy ludzie zaleźli?
-Oni mnie znaleźli, gdym i tak już do Poniewieża na hiberny szedł. Byłbym i bez nich tu przyciągnął.
-Pij no waćpan...
-Ja bym dla waćpanny i truciznę wypił...
-Ale o śmierci dziadusia i o testamencie to laudańscy dopiero waćpanu powiedzieli?
-A, o śmierci to oni. Panie, świeć nad duszą mego dobrodzieja! Czy to waćpanna wysłałaś do mnie tych ludzi?