Tymczasem nadjechał pierwszy z dygnitarzy, pan Andrzej Grudziński, wojewoda kaliski, i stanął w domu burmistrza z licznym pocztem sług przybranych w białe i błękitne barwy. Spodziewał się, że wnet otoczy go szlachta kaliska, gdy jednak nikt się nie zjawiał, posłał po rotmistrza, pana Stanisława Skrzetuskiego, zajętego sypaniem szańczyków nad rzeką.
-A gdzie to moi ludzie? - pytał po pierwszych powitaniach rotmistrza, którego znał od dziecka.
-Jacy ludzie? - rzekł pan Skrzetuski.
-A pospolite ruszenie kaliskie?
Półpogardliwy, półbolesny uśmiech pojawił się na czarniawej twarzy żołnierza.
-Jaśnie wielmożny wojewodo! - rzekł - przecie to czas strzyży owiec, a za źle umytą wełnę nie chcą w Gdańsku płacić. Każdy teraz jegomość nad stawem przy myciu albo nad wagą stoi, słusznie mniemając, że Szwedzi nie uciekną.
-Jakże to? - odparł zafrasowany wojewoda - nie masz jeszcze nikogo?
-Żywego ducha prócz piechoty łanowej... A potem żniwa bliskie. Dobry gospodarz z domu nie wyjeżdża w takim czasie!
-Co mi waćpan prawisz?
-A Szwedzi nie uciekną, jeno jeszcze bliżej przyjdą - powtórzył rotmistrz.
Dziobata twarz wojewody poczerwieniała nagle.
-Co mi Szwedzi!... Ale to dla mnie wstyd wobec innych panów będzie, gdy sam się tu jako palec ostanę.