-Gdyby to była prawda! - odrzekł słabym głosem Kmicic - tedy... różne mi tu maści na rany przykładają... ale nie byłoby lepszego balsamu od słów waszmości.
-Zdrajcaże ci to taki balsam przykłada?
-Przebacz już waść. W głowie mi się takie szczęście nie mieści, żeby ona mnie jeszcze chciała.
-Powiedziałem, że waćpana miłuje, nie powiedziałem, że cię zechce... To wcale co innego.
-Jeśli mnie nie zechce, to sobie ten łeb o ścianę rozbiję. Nie może inaczej być.
-Mogłoby być, gdybyś waćpan miał szczerą intencję zmazania win. Teraz wojna, możesz iść, możesz posługi znaczne miłej ojczyźnie oddać, męstwem się wsławić, reputację połatać. Któż to jest bez grzechu? Kto nie ma win na sumieniu? Każdy ma... Ale do pokuty i poprawy każdemu otwarta droga. Waść grzeszyłeś swawolą, to jej odtąd unikaj; grzeszyłeś przeciw ojczyźnie, zamieszki w czasie wojennym czyniąc, to ją teraz ratuj; czyniłeś krzywdy ludziom, to je nagródź... Ot, droga dla waszmości lepsza i pewniejsza niż rozbijanie sobie łba.
Kmicic patrzył uważnie na Wołodyjowskiego, potem rzekł:
-Waćpan mówisz jak mój szczery przyjaciel.
-Nie jestem waćpanu przyjacielem, ale po prawdzie nie jestem i nieprzyjacielem, a tej panny mnie żal, chociaż mnie odpaliła, bom jej też słowo ostre niesłusznie rzekł na odjezdnym. Od rekuzy się nie powieszę, nie pierwszyzna mi, a uraz nie zwykłem chować. Jeśli więc waćpana na dobrą drogę namówię, to będzie także moja względem ojczyzny zasługa, boś żołnierz dobry i doświadczony.

NR: WJZQXKM WQYKPXM WQBKPPM WQXBGZM WJXJVZM