-Ja nie ucieknę. Tu zdechnę jak sobaka.
-Takżeś tu sobie upodobał?
-Komu lepiej na polu, to umyka, a mnie tu lepiej. Ja miał nogę przestrzeloną, a tu mnie ją obwinęła szlachcianka, starego córka, i dobre słowo rzekła. Takiej ja krasawicy na oczy nie widział... Na co mnie odchodzić?
-Któraż ci tak dogodziła?
-Marysia.
-I ty już ostaniesz?
-Jeśli zdechnę, to i wyniosą, a nie, to ostanę.
-Zali myślisz u Pakosza córkę wysłużyć?
-Ne znaju, pane.
-Pierwej by takiemu hołyszowi śmierć dał niż córkę.
-U mnie czerwońce w lesie zakopane: dwie garści.
-Z rozboju?
-Z rozboju, pane.
-Choćbyś i garniec miał, toś chłop, a Pakosz szlachcic.
-Ja z bojarów putnych.
-Jeśli ty z bojarów putnych, toś gorzej niż chłop, boś zdrajca. Jakże to mogłeś nieprzyjacielowi służyć?
-Ja mu i nie służył.
-A skądże was pan Kmicic brał?
-Z gościńca. Ja służył u pana hetmana polnego, ale potem chorągiew rozlazła się, bo nie było co jeść. Do domu nie miałem po co wracać, bo spalony. Inni na gościniec poszli rozbijać, tak i ja z nimi poszedł.
Pan Wołodyjowski zdziwił się mocno, gdyż aż dotąd sądził, że pan Kmicic napadł Oleńkę z siłami pożyczonymi u nieprzyjaciela.
-To pan Kmicic nie u Trubeckiego was dostał?
-Było między nami najwięcej takich, co przedtem u Trubeckiego i Chowańskiego służyli, ale tak i od nich zbiegli na gościńce.

NR: WQPBVZM WQVJYPM WJQXJYM WQJGKQM WJKBYBM