-Pan Kmicic ranny - odpowiedział zdumiony pan Wołodyjowski.
-Żyje?...
-Żyje.
-Dobrze! Dziękuję waści...
I chwiejnym jeszcze krokiem skierowała się ku drzwiom. Wołodyjowski stał przez chwilę ruszając mocno wąsikami i kręcąc głową; następnie mruknął sam do siebie:
-Zali mi ona dziękuje za to, że Kmicic ranny, czy za to, że żyje?
I wyszedł za nią. Zastał ją w przyległej izbie sypialnej, stojącą pośrodku, jakby skamieniałą. Czterech szlachty wnosiło właśnie Kmicica; dwóch pierwszych, postępując bokiem, ukazało się we drzwiach, a między ich rękoma zwieszała się ku ziemi blada głowa pana Andrzeja, z zamkniętymi oczyma i soplami czarnej krwi we włosach.
-Wolno tam! - mówił idący za nimi Krzych Domaszewicz - wolno przez próg. Niech mu tam który głowę podtrzyma. Wolno!...
-A czym będziem trzymać, kiedy ręce zajęte - odpowiedzieli idący w przedzie.
W tej chwili panna Aleksandra zbliżyła się ku nim, blada tak jak i Kmicic, i podłożyła mu obie ręce pod martwą głowę.
-To panienka!... - rzekł Krzych Domaszewicz.
-To ja... ostrożnie!... - odrzekła cichym głosem.
Pan Wołodyjowski patrzył i wąsikami srodze ruszał. Tymczasem złożono Kmicica na łożu. Krzych Domaszewicz począł obmywać mu głowę wodą, potem przyłożył przygotowany wcześniej plaster do rany i rzekł:

NR: WQXGJQM WJVKVXM WQQQKXM WJJYPQM WQKYZBM