Ten zaś bawił się okrutnie, jak kot z myszą - i pozornie coraz niedbalej robił szablą. Lewą rękę wysunął zza pleców i wsunął w kieszeń hajdawerów. Kmicic pienił się, rzęził, na koniec chrapliwe słowa wyszły mu z gardzieli przez zaciśnięte usta:
-Kończ... waść!... wstydu... oszczędź!...
-Dobrze! - rzekł Wołodyjowski.
Dał się słyszeć świst krótki, straszny, potem stłumiony krzyk... jednocześnie Kmicic rozłożył ręce, szabla wypadła mu z nich na ziemię... i runął twarzą do nóg pułkownika...
-Żyje! - rzekł Wołodyjowski - nie padł na wznak!
I zagiąwszy połę Kmicicowego żupana począł nią ocierać szablę. Zawrzasła szlachta jednym głosem, w tych zaś krzykach brzmiało coraz wyraźniej:
-Dobić zdrajcę... dobić!... rozsiekać!
I kilku Butrymów biegło z dobytymi szablami. Nagle stało się coś dziwnego; oto rzekłbyś: mały pan Wołodyjowski urósł w oczach - szabla najbliższego Butryma wyleciała mu z ręki śladem Kmicicowej, jakby ją wicher porwał - pan Wołodyjowski zaś krzyknął z iskrzącymi oczyma:
-Wara!... wara!... Teraz on mój, nie wasz!... Precz!...
Umilkli wszyscy bojąc się gniewu męża, on zaś rzekł:
-Nie potrzeba mi tu jatek!...Waszmościowie szlachtą będąc powinniście rozumieć kawalerski obyczaj, aby rannego nie dobijać. Nieprzyjacielowi nawet tego się nie czyni, a cóż dopiero przeciwnikowi w pojedynku zwyciężonemu.