-A jacyż to ludzie z waćpanem teraz przyszli? Skądże wziąłeś tych pomocników? - pytał pan Wołodyjowski.
-Skąd wziąłem, to wziąłem. Nie przeciw ojczyźnie ich zaciągnąłem, ale by prywaty swojej dochodzić.
-Takiś to?... Więc dla prywaty z nieprzyjacielem się połączyłeś? A czymże mu za oną usługę zapłacisz, jeśli nie zdradą?... Nie, bratku, nie przeszkadzałbym ja ci układać się z tą szlachtą, ale wezwać nieprzyjaciela w pomoc - inna rzecz. Nie wykręcisz się sianem. Stawaj no teraz, stawaj, bo wiem, że cię tchórz oblatuje, choć się za orszańskiego mistrza podajesz.
-Chciałeś! - rzekł Kmicic stając w pozycji.
Ale pan Wołodyjowski nie spieszył się i nie wydobywając jeszcze szabli, obejrzał się naokoło po niebie. Świtało już. Na wschodzie pierwsza złota i błękitna wstążka rozciągnęła się świetlistym pasmem, na podwórzu jednak dość było jeszcze ciemno, zwłaszcza zaś przed domem mrok panował zupełny.
-Dobrze się dzień zaczyna - rzekł pan Wołodyjowski - ale słońce nieprędko jeszcze wejdzie. Może waść życzysz, żeby nam poświecili?
-Wszystko mi jedno.
-Mości panowie! - zawołał pan Wołodyjowski zwracając się do szlachty - a skoczyć no po wiechetki i po łuczywo, będzie nam jaśniej w tym orszańskim tańcu.