Zbyszko już był nieco ochłonął, więc podniósłszy zaciekawiony wzrok ku Jurandowi ujrzał przed sobą męża postawy ogromnej; z płowym włosem i również płowymi wąsami, z twarzą dziobatą i jednym okiem barwy żelaza. Zdawało mu się, że oko to chce go przewiercić na wylot, tak że zmieszanie poczęło go znów ogarniać, wreszcie nie wiedząc, co ma rzec, a chcąc koniecznie coś powiedzieć, by przerwać kłopotliwe milczenie, zapytał:
- To wyście Jurand ze Spychowa, ociec Danusin? Lecz tamten wskazał mu tylko ławę obok dębowego krzesła, na którym sam zasiadł, i nie odrzekłszy ni słowa przypatrywał mu się dalej.
Zbyszko zniecierpliwił się wreszcie.
- Bo wiecie - rzekł - nieskładnie mi tak siedzieć jako na sądzie.
Dopieroż Jurand ozwał się:
- Tyś chciał bić w Lichtensteina?
- Ano! - odrzekł Zbyszko.
W oku pana ze Spychowa błysnęło jakieś dziwne światło i groźna jego twarz rozjaśniła się nieco. Po chwili spojrzał na Danusię i znów spytał:
- I to dla niej?
- A dla kogoż by? Musieli wam stryjko powiadać, jakom jej ślubował Niemcom ze łbów pawie czuby pozdzierać. Ale nie będzie ich trzy, jeno co najmniej tyle, ile palców u obu rąk. Przez to i wam do pomsty dopomogę, boć to przecie za Danusiną mać.
- Gorze im! - odrzekł Jurand.
I znów zapadło milczenie. Zbyszko jędnak pomiarkowawszy, iż okazując swoją zawziętość na Niemców, trafia do serca Jurandowego, rzekł:
- Nie daruję ja za swoje, choć mało mi już szyi nie ucięli.
Tu zwrócił się ku Danusi i dodał:
- Ona mnie zratowała.