- Do Malborga albo choćby na kraj świata, byle tylko Lichtensteina dostać.
- Tego ci nie przyganię. Twoja śmierć albo jego!
- Już ja wam jego rękawicę i pas do Bogdańca przywiozę - nie bójcie się!
- Jeno się strzeż zdrady. U nich o zdradę łatwo.
- Pokłonię się księciu Januszowi, żeby posłał po glejt do mistrza. Teraz jest spokój. Pojadę za glejtem do Malborga, a tam zawsze gości rycerstwa kupa. To wiecie? - naprzód Lichtenstein, a potem będę upatrywał, którzy pawie czuby na hełmach mają - i po kolei ich wyzywał. Boga mi! zdarzy-li Pan Jezus zwycięstwo, to zarazem i ślub spełnię.
Tak mówiąc Zbyszko uśmiechał się do swoich własnych myśli, przy czym twarz miał zupełnie pacholęcia, które zapowiada, jakich to czynów rycerskich dokona, gdy dorośnie.
- Hej! - rzekł kiwając głową Maćko - żebyś ty trzech rycerzy ze znakomitych rodów pokonał, to nie tylko byś ślub spełnił, ale jaki byś sprzęt po nich wziął miły Boże!
- Co to trzech! - zawołał Zbyszko. - Już ja w więzieniu powiedziałem sobie, że nie będę Danuśce skąpił. IIe palców u rąk - nie trzech!
Maćko wzruszył ramionami.
- Dziwujcie się albo i nie wierzcie - rzekł Zbyszko - a ja przecie z Malborga do Juranda ze Spychowa pojadę. Jakże mu się nie pokłonić, kiedy to Danuśkowy ojciec? I z nim będziem chełmińskich Niemców najeżdżali. Samiście przecie mówili, że większego wilkołaka na Niemców nie masz na całym Mazowszu.
- A jak ci Danuśki nie da?
- Miałby nie dać! On swojej pomsty szuka, ja swojej. Kogóż lepszego sobie upatrzy? Wreszcie, skoro księżna na zrękowiny pozwoliła, to i on się nie przeciwi.
- Już ja jedno miarkuję - rzekł Maćko - że ty wszystkich ludzi z Bogdańca zabierzesz, żeby poczet mieć, jako się rycerzowi patrzy, a ziemia ostanie bez rąk. Póki będę żyw, to nie dam, ale po mojej śmierci, już widzę, że zabierzesz.
- Pan Bóg mi poczet obmyśli, a przecie i Janko z Tulczy krewniak, więc nie poskąpi.
A wtem drzwi się otworzyły, i jakby na dowód, że Pan Bóg Zbyszkowi poczet obmyśli, weszło dwóch ludzi, czarniawych, krępych, przybranych w żółte, podobne do żydowskich kaftany, w czerwone krymki i w niezmiernie szerokie hajdawery. Ci, stanąwszy we drzwiach, poczęli przykładać palce do czoła, do ust, do piersi i zarazem bić pokłony aż do ziemi.