- Bogdajeś ty się był nie rodził.
- Mówiliście już kasztelanowi - rzekł Zbyszko iże swoją głowę za moją oddajecie.
- SkÄ…d wiesz?
- Powiadał mi pan z Taczewa.
- To i co z tego?
- Co z tego? A cóż wam kasztelan rzekł, że hańba by spadła na mnie i na cały nasz ród. Żali nie większa by jeszcze hańba była, gdyby ja stąd uciekł, a was tu na pomstę prawu zostawił?
- Na jaką pomstę? Co mnie prawo uczyni, kiedy ja i tak zamrę? Miejże rozum, na miłosierdzie Boże!
- A toć tym bardziej. Niechże mnie Bóg pokarze, jeśli ja was starego i chorego tu opuszczę. Tfu! hańba...
Nastało milczenie; słychać było tylko ciężki, rzężący oddech Maćka - i nawoływania łuczników stojących na straży przy bramach. Na dworze uczyniła się już noc głęboka...
- Słuchaj - ozwał się wreszcie Maćko złamanym głosem - nie była hańba kniaziowi Witoldowi uciekać tak z Krewa - nie będzie i tobie...
- Hej! - odrzekł z pewnym smutkiem Zbyszko wiecie! kniaź Wlitold - wielki kniaź: ma ci koronę z rąk królewskich, bogactwo i panowanie - a ja, ubogi ślachcic - jeno cześć...
Po chwili zaś zawołał jakby z nagłym wybuchem gniewu:
- A to nie rozumiecie, że was takoż miłuję i że waszej głowy za swoją nie dam?
Na to Maćko podniósł się na chwiejnych nogach, wyciągnął przed się ręce - i choć natury ówczesnych ludzi twarde były, jakby je kowano z żelaza - ryknął nagle rozdzierającym głosem:
- Zbyszku!...