- Widzieliście tu kogo?
- Byłem u kasztelana krakowskiego, bo jakem się dowiedział, że Lichtenstein wyjechał, myślałem, że ci pofolgują.
- A to Lichtenstein wyjechał?
- Zaraz po śmierci królowej, do Malborga. Byłem tedy u kasztelana, ale on powiedział tak: "Nie dlatego waszemu bratankowi głowę utnę, aby się Lichtensteinowi pochlebić, jeno że taki jest wyrok, a czy Lichtenstein tu jest, czy go nie ma, to wszystko jedno. Choćby też Krzyżak i umarł, nic to nie zmieni, bo - powiada - prawo jest wedle sprawiedliwości - nie tak jako kubrak, któren możesz do góry podszewką przewrócić. Król - prawi - może laskę okazać, ale nikt inny."
- A gdzie król?
- Pojechał po pogrzebie aż na Ruś.
- No, to i nie ma rady.
- Nijakiej. Kasztelan powiadał jeszcze: "Żal mi go, bo i księżna Anna za nim prosi, ale jak nie mogę, to nie mogę..."
- A księżna Anna jeszcze też jest?...
- Niech jej ta Bóg zapłaci! To dobra pani. Jeszcze tu jest, bo Jurandówna zachorzała, a księżna ją miłuje jak własne dziecko.
- O, dla Boga! To i Danuśkę chorość napadła. Coże jej takiego?
- Bo ja wiem!... księżna powiada, że ją,ktoś urzekł.
- Pewnie Lichtenstein! nikt inny, jeno Lichtenstein sobacza mać!
- Może i on. Ale co mu zrobisz? - nic.
- To dlatego wszyscy mnie tu zabaczyli, że i ona była chora...