- Co takiego?
- Wielkolud jakowyś zza wzgórza przed nami wyjeżdża.
- A słowo stało się ciałem! - zawołała księżna. Nie powiadajcie byle czego!
Lecz Zbyszko uniósł się na strzemionach i rzekł:
- Jako żywo - wielkolud, Walgierz, nikt inny!
Na to woźnica osadził ze strachu konie i nie wypuszczając z rąk lejc począł się żegnać, albowiem i on dojrzał już z kozła na przeciwległym wzgórzu olbrzymią postać jeźdźca.
Księżna podniosła się - i zaraz usiadła z twarzą zmienioną przez trwogę, Danusia pochowała głowę w fałdy sukni księżnej. Dworzanie, dwórki i rybałci, którzy jechali konno za kolasą, usłyszawszy złowrogie imię poczęli skupiać się koło niej. Mężowie niby śmiali się jeszcze, ale w oczach mieli niepokój; panny pobladły, jeno Mikołaj z Długolasu, który z niejednego pieca chleb jadał - zachował pogodne oblicze i chcąc uspokoić księżnę rzekł:
- Nie bójcie się, miłościwa pani. Toć słońce jeszcze nie zaszło, a choćby była i noc, święty Ptolomeusz da rady Walgierzowi.
Tymczasem nieznany jeździec wjechawszy na podługowaty grzbiet wzgórza zatrzymał konia i stanął nieruchomie. W promieniach zachodzącego słońca widać go było doskonale - i istotnie postać jego zdawała się przechodzić ogromem zwykłe ludzkie rozmiary. Przestrzeń między nim a orszakiem księżny nie wynosiła więcej nad trzysta kroków.
- Czego on stoi? - rzekł jeden z rybałtów.
- Bo i my stoim " odpowiedział Maćko.
- Spogląda ku nam, jakby sobie kogo chciał wybrać - zauważył drugi rybałt - żebym wiedział, że człowiek, a nie złe, to bym ku niemu podjechał i lutnią go przez łeb zwalił.
Kobiety przestraszyły się już całkiem i poczęły się głośno modlić. Zbyszko zaś chcąc się popisać odwagą wobec księżnej i Danusi rzekł:
- A ja i tak pojadÄ™. Co mi ta Walgierz!
Na to Danusia poczęła wołać na wpół z płaczem: "Zbyszku! Zbyszku!", lecz on ruszył koniem i jechał coraz prędzej, ufny, że choćby i prawdziwego Walgierza znalazł, to na wskróś go kopią przebodzie.