- Kazimierzowe to królewskie gospodarstwo - rzekła księżna - ale też żyć tu i nie umierać.
- I Pan Jezus się do takiej ziemi śmieje - odrzekł Mikołaj z Długolasu - i błogosławieństwo Boże jest nad nią; ale jakoż ma być inaczej, kiedy tu, gdy zaczną bić dzwony, to nie masz takowego kąta, do którego by odgłos nie doszedł! Wiadomo przecie, że złe duchy znieść tego nie mogąc muszą aż na granicę węgierską do głuchych borów uciekać.
- To mi i dziwno - ozwała się pani Ofka, wdowa po Krystynie z Jarząbkowa - że Walgierz Wdały, o którym zakonnicy prawili, może się w Tyńcu pokazować, gdzie siedem razy na dzień dzwony biją.
Uwaga ta zakłopotała na chwilę Mikołaja, który też dopiero po pewnym namyśle odrzekł:
- Naprzód, wyroki boskie są niezbadane, a po wtóre, to sobie zauważcie, że on osobne pozwoleństwo za każdym razem otrzymuje.
- A niech ta będzie, jak chce, alem rada, że w klasztorze nie nocujemy. Umarłabym chyba ze strachu, gdyby mi się taki piekielny wielkolud pokazał.
- Hej ! nie wiadomo, bo mówią, że okrutnie wdały.
- Choćby był i najurodziwszy, nie chcę ja pocałowania od takiego, któremu siarką z gęby bucha.
- A skąd wiecie, że zaraz chciałby was całować?
Na te słowa księżna, a za nią pan Mikołaj i obaj rycerze z Bogdańca poczęli się śmiać. Śmiała się nie rozumiejąc dlaczego, za przykładem innych, i Danusia zaś Ofka z Jarząbkowa zwróciła zagniewaną twarz do Mikołaja z Długolasu i rzekła:
- Wolałabym jego niż was.
- Ej, nie wywołujcie wilka z lasu - odpowiedział wesoło Mazur - bo jędzon często i po gościńcu między Krakowem a Tyńcem się włóczy, a szczególnie pod wieczór; nuż was usłyszy i nuż się wam w postaci wielkoluda ukaże!
- Na psa urok! - odrzekła Ofka..
Lecz w tej chwili Maćko z Bogdańca, który siedząc na wyniosłym ogierze dalej mógł widzieć niż ci, którzy siedzieli w kolasce, ściągnął lejce i rzekł:
- O, jak mi Bóg miły, a to co?