Jurand chciał odezwać się, wykrzyknąć kochane imię, ale słowa uwięzły mu w gardle, jakby je ścisnęła żelazna obręcz. Nagła fala bólu, łez, tęsknoty, niedoli wezbrała mu w piersiach, więc rzucił się twarzą w śnieg i jął w uniesieniu wołać ku niebu w duszy jakby w dziękczynnej modlitwie:
- O Jezu! dyć słyszę jeszcze dziecko! o Jezu!!...
I szlochanie poczęło targać jego olbrzymim ciałem.
W górze tęskny głos śpiewał dalej wśród niezmąconej nocnej ciszy:
Usiadłabym ci ja
Na śląskowskim płocie:
"Przypatrz się, Jasiulku,
Ubogiej sierocie!..:'
Rankiem gruby, brodaty knecht niemiecki począł kopać w biodro leżącego przy bramie rycerza.
- Na nogi, psie!... Brama otwarta i komtur każe ci stanąć przed sobą.
Jurand zbudził się jakby ze snu. Nie chwycił knechta za gardło, nie skruszył go w żelaznych rękach, twarz miał cichą i niemal pokorną; podniósł się i nie mówiąc ni słowa poszedł za żołdakiem przez bramę.
Zaledwie jednak ją przeszedł, gdy ozwał się za nim zgrzyt łańcuchów i most zwodzony począł podnosić się do góry, w samej zaś bramie spadła ciężka żelazna krata...