Rozdział trzydziesty drugi
Świt począł właśnie bielić drzewa, krze i bryły wapienne rozrzucone tu i ówdzie po polach, gdy najęty przewodnik idący przy koniu furanda zatrzymał się i rzekł:
- Pozwólcie mi odetchnąć, panie rycerzu, bom się zasapał. Odwilż jest i mgła, ale to już niedaleko...
- Doprowadzisz mnie do gościńca, a potem wrócisz - odrzekł Jurand.
- Gościniec będzie w prawo za borkiem, a z pagórka zaraz zamek ujrzycie.
To rzekłszy chłop począł "zabijać" ręce, to jest uderzać dłońmi pod pachy, gdyż był zziąbł od rannej wilgoci, po czym przysiadł na kamieniu, bo się przy tej robocie jeszcze bardziej zasapał.
- A nie wiesz, jest-li komtur w zamku? - zapytał furand.
- Gdzie by zaś miał być, kiedy chory? - Coże mu?
- Ludzie mówią, że go rycerze polscy sprali - odrzekł stary chłop.
I w głosie jego czuć było jakby pewne zadowolenie. Sył poddanym krzyżackim, ale jego mazurskie serce radowało się przewagą polskich rycerzy.
Jakoż po chwili dodał:
- Hej! mocni nasi panowie, ale im z nimi ciężko.
Lecz zaraz potem spojrzał bystro na rycerza i jakby chcąc się upewnić, że nie spotka go nic złego za słowa, które mu się niebacznie wymknęły, rzekł: