Księżna zawahała się, czyby mu zaraz o ślubie nie wspomnieć, ale pomyślawszy nieco, nie chciała przyrzucać nowego zmartwienia do ciężkich już i tak nieszczęść Juranda i przy tym ogarnął ją jakiś strach. "Będą jej szukali ze Zbyszkiem, niech mu Zbyszko przy sposobności powie - rzekła sobie - a ninie w głowie by się mu mogło do reszty pomieszać." Więc wolała mówić o czym innym.
- Wy nas nie winujcie - rzekła. - Przyjechali ludzie w waszych barwach, z pismem z waszą pieczęcią oznajmującym, jakoście chorzy, jako oczy wam gasną i jako na dziecko raz jeszcze spojrzeć chcecie. Jakże się było przeciwić i ojcowego przykazania nie spełnić?
Jurand zaś podjął ją pod nogi.
- Ja nikogo nie winuję, miłościwa pani.
- I to wiedzcie, że Bóg ją wam odda, bo oko Jego jest nad nią. Ześle On jej poratowanie, jako na ostatnich łowach zesłał, gdy srogi tur na nas uderzył - a Pan Jezus natchnął Zbyszka, żeby nas bronił. Sam ci o mało nie stradał żywota i długo potem chorzał, ale Danuśkę i mnie obronił, za co mu książę dał pas i ostrogi. Widzicie!... Ręka boska jest nad nią. Pewnie, że dziecka żal. Myślałam, że z warni przyjedzie, że ją obaczę, najmilszą, a tymczasem...
I głos jej zadrżał, i łzy puściły się z oczu, a w Jurandzie tłumiona dotychczas rozpacz zerwała się na chwilę, nagła i straszna jak wicher. Chwycił rękoma swe długie włosy, a głową począł bić w belki ściany jęcząc i powtarzając chrapliwym głosem:
- Jezu! Jezu! Jezu!...
Lecz Zbyszko skoczył ku niemu i potrząsnąwszy go z całą siłą za ramiona zawołał:
- W drogę nam! Do Spychowa!