A Jurand odjął ręce od twarzy i zapytał: - Którzy to byli w leśnym dworcu?
- Był Danveld i stary de Lőwe, i dwóch braci: Gotfryd i Rotgier - odpowiedział ksiądz. - Skarżyli się i chcieli, by książę wam rozkazał de Bergowa z niewoli wypuścić. Ale książę dowiedziawszy się od Fourcy'ego, że Niemcy to pierwsi was napadli, zgrornił ich i z niczym odprawił.
- Jedźcie do Spychowa - rzekł książę - bo oni tam się zgłoszą. Nie uczynili tego dotąd dlatego, że Danveldowi giermek tego oto młodego rycerza ramię pokruszył, gdy im pozwanie woził. Jedźcie do Spychowa, a jak się zgłoszą, to mnie dawajcie znać. Oni wam dziecko za de Bergowa odeślą, ale ja przeto pomsty nie poniecham, bo i mnie pohańbili z dworca ją mojego biorąc.
Tu gniew począł go chwytać na nowo, gdyż istotnie Krzyżacy wyczerpali wszelką jego cierpliwość - i po chwili dodał:
- Hej! dmuchali i dmuchali w ogień, ale w końcu pyski poparzą.
- Zaprą się! - powtórzył ksiądz Wyszoniek.
- Jak raz Jurandowi oznajmią, że dziewka u nich, to się nie będą mogli zaprzeć - odpowiedział nieco niecierpliwie Mikołaj z Długolasu. - Wierzę, że jej na pograniczu nie trzymają - i że, jako słusznie wymiarkował Jurand, do dalszych zamków albo na morskie mierzeje ją wywieźli, ale gdy będzie dowód, że to oni - to się przed mistrzem nie zaprą.
A Jurand począł powtarzać jakimś dziwnym i zarazem strasznym głosem:
- Danveld, Lőwe, Gotfryd i Rotgier...
Mikołaj z Długolasu polecił jeszcze wysłać bywałych a przebiegłych ludzi do Prus, aby się w Szczytnie i Insborku wywiedzieli, czy Jurandówna tam jest, a jeśli nie, to dokąd została wywieziona; po czym książę wziął kostur w rękę i wyszedł, by wydać odpowiednie rozkazy, księżna zaś zwróciła się do Juranda chcąc go dobrym słowem pokrzepić:
- Jakoże wam jest? - spytała.
Ów zaś przez chwilę nic nie odpowiedział, jakby nie słyszał pytania, a potem nagle rzekł:
- Jakoby mnie kto w dawną ranę ugodził.
- Ale ufajcie w miłosierdzie boskie; wróci Danuśka, jeno im de Bergowa oddajcie.
- Nie pożałowałbym im i krwi.