- Pieczęć moja. Co w piśmie stoi?
Ojciec Wyszoniek odczytał pismo, Jurand słuchał chwytając się za włosy, po czym rzeki:
- Pismo zmyślone!... pieczęć udana! Gorze duszy mojej! Chwycili mi dziecko i zatracą!
- Kto?
- Krzyżaki!
- Rany boskie! Księciu trzeba oznajmić! Niech posłów śle do mistrza! - zawołała pani. - Jezu miłosierny, ratujże ją i wspomagaj!...
I to rzekłszy wybiegła z krzykiem z izby. Jurand wyskoczył z łoża i począł gorączkowo wciągać szaty na swój olbrzymi grzbiet. Zbyszko siedział jak skamieniały, ale po chwili zaciśnięte zęby jego poczęły zgrzytać złowrogo.
- Skąd wiecie, że Krzyżaki ją porwały? - zapytał ksiądz Wyszoniek.
- Na mękę Bożą przysięgnę!
- Czekajcie!... Może być. Przyjeżdżali skarżyć się na was do leśnego dworca... Chcieli pomsty na was...
- I oni ją porwali! - zawołał nagle Zbyszko.
To rzekłszy wybiegł z izby i poskoczywszy do stajen kazał zaprzęgać wozy i konie siodłać, sam nie wiedząc dobrze, dlaczego to czyni. Rozumiał tylko, że trzeba iść na ratunek Danusi - i to zaraz - i aż do Prus - i tam wyrwać ją z wrogich rąk albo zginąć.
Po czym wrócił do komnaty, by powiedzieć Jurandowi, że oręż i konie zaraz będą gotowe. Był pewien, że Jurand z nim pojedzie. W sercu wrzał mu gniew, ból i żal - ale jednocześnie nie tracił nadziei, zdawało mu się bowiem, że we dwóch z groźnym rycerzem ze Spychowa potrafią wszystkiego dokazać - i że mogą się porwać choćby na całą potęgę krzyżacką.
W izbie, prócz Juranda, ojca Wyszońka i pani, zastał także księcia i pana de Lorche oraz starego pana z Długolasu, którego książę dowiedziawszy się o sprawie wezwał także na naradę, a to dla jego rozumu i doskonałej znajomości Krzyżaków, u których przesiedział długie lata w niewoli.
- Potrzeba poczynać roztropnie, by zaś zapalczywością nie zgrzeszyć i dziewki nie zgubić - mówił pan z Długolasu. - Mistrzowi należy się zaraz poskarżyć i jeśli w. Kś.mość da do niego pisanie, to ja pojadę.