- Bo wasi ludzie poginęli, ale jej między nimi nie znaleźli. Czemuście ją ostawili w Spychowie?
Ów zaś powtórzył jeszcze raz, ale już z trwogą w głosie:
- W Spychowie? Toć ona przy was, miłościwa pani, nie przy mnie!
- Przecie przysłaliście po nią do leśnego dworca ludzi i pismo!
- W imię Ojca i Syna! - odpowiedział Jurand. Zgoła po nią nie posyłałem.
Wówczas księżna przybladła nagle.
- Co to jest? - rzekła - zali wyście pewni, że przytomnie mówicie?
- Na miłosierdzie boskie, gdzie dziecko? - zawołał zrywając się Jurand.
Ojciec Wyszoniek usłyszawszy to wyszedł pospiesznie z izby, a księżna mówiła dalej:
- Słuchajcie: przybył poczet zbrojny i pisanie od was do leśnego dworca po Danuśkę. W piśmie było, że was belki w pożarze przytłukły... żeście na wpół oślepli i że chcecie dziecko widzieć... Wzięli Danuśkę i pojechali...
- Gorze! - zawołał Jurand. - Jako Bóg na niebie, tak ni ognia nijakiego w Spychowie nie było, ni ja po nią nie posyłałem!
A wtem wrócił ksiądz Wyszoniek z listem, który podał Jurandowi, i zapytał:
- Nie waszego to księdza pisanie?
- Nie wiem.
- A pieczęć?