- W konie! - zawołał Zbyszko.
Ale rozkazać było łatwiej niż rozkaz wykonać, bo jakkolwiek brał ostry mróz, na łące jednak leżał śnieg niezamarzły jeszcze, sypki, świeżo nawiany i głęboki, w którym konie zapadały wyżej kolan; musieli więc posuwać się z wolna. Nagle doszło ich szczekanie psa, wprost zaś przed nimi zamajaczył gruby i garbaty pień wierzby, nad którym połyskiwała w świetle księżyca korona bezIistnych prętów.
- Tamci są dalej - rzekł przewodnik - w pobliżu olszniaka; ale i tu coś musi być.
- Jest zaspa pod wierzbą. Poświećcie!
Kilku ludzi książęcych zsiadło z koni i poczęło świecić pochodniami, po czym zaraz jeden zawołał:
- Człowiek pod śniegiem! Widać głowę, ot tu!
- Jest i koń! - zawołał zaraz drugi.
- Odkopać!
Łopaty poczęły zanurzać się w śnieg i odrzucać go na obie strony.
Po chwili ujrzano siedzącą pod drzewem postać ludzką ze schyloną na piersi głową i czapką głęboko zasuniętą na twarz. Jedna ręka trzymała lejce konia, który leżał obok z nozdrzami zarytymi w śnieg. Widocznie człowiek odjechał od orszaku, może dlatego, by dostać się prędzej do mieszkań ludzkich i sprowadzić pomoc, a gdy koń mu padł, wówczas schronił się pod wierzbę po stronie przeciwnej od wiatru - i tam skrzepł.
- Poświeć! - zawołał Zbyszko:
Pachołek przysunął pochodnię do twarzy zmarłego, ale rysów trudno było zrazu rozeznać. Dopiero gdy drugi pachoł uniósł pochyloną głowę do góry, ze wszystkich piersi wyrwał się jeden okrzyk:
- Pan ze Spychowa!
Zbyszko kazał go porwać dwom ludziom i ratować w najbliższej chacie, sam zaś nie tracąc chwili skoczył wraz z pozostałą służbą i przewodnikiem na ratunek reszty orszaku. Po drodze myślał, że tam znajdzie Danuśkę, żonę swoją, może nieżywą - i wypierał ostatni dech z konia, który buchał się w śniegu po piersi. Szczęściem nie było już daleko - najwyżej kilka stajań. Z ciemności ozwały się głosy: "Bywaj!" - ludzi, którzy poprzednio zostali przy zasypanych. Zbyszko dopadł i zeskoczył z konia:
- Do łopat!

NR: WQQGKPM WQJGQXM WQJVXQM WQKQVVM WQXJBZM