Danusia, która czuła zmęczenie i senność, rada była czymkolwiek się orzeźwić, więc skoczyła po lutnię i wróciwszy z nią po chwili siadła przy łóżku Zbyszka.
- Co mam grać? - zapytała.
- Co? - rzekła księżna - a cóż by jak nie oną pieśń, którąś w Tyńcu śpiewała, kiedy to cię pierwszy raz Zbyszko ujrzał!
- Hej! pamiętam - i do śmierci nie zabaczę rzekł Zbyszko. - Jakem, bywało, to gdzie usłyszał, to aże mi śluzy z oczu płynęły.
- To i zaśpiewam! - rzekła Danusia.
I zaraz poczęła brząkać na luteńce, następnie zaś zadarłszy jak zwykle główkę do góry zaśpiewała:
Gdybym to ja miała
Skrzydłeczka jak gąska,
Poleciałabym ja
Za Jaśkiem do Sląska.
Usiadłabym ci ja
Na śląskowskim płocie:
"Przypatrz się, Jasieńku,
Ubogiej sierociel..."
Lecz nagle głos się jej załamał, usta poczęły się trząść, a spod zamkniętych rzęs łzy wydostawały się przemocą na policzki. Przez chwilę starała się ich nie puścić spod powiek, ale nie mogła - i w końcu rozpłakała się serdecznie, zupełnie jak wówczas, gdy ostatni raz śpiewała tę pieśń Zbyszkowi w krakowskim więzieniu, gdy myślała, że mu nazajutrz szyję utną.