- Jam tu przyjechał bić się, nie łgać.
- Tęgo się biłeś - ni słowa!
- A tyś to nie pomykał przed Jurandem do Szczytna?
- Paxl - rzekł de Lőwe. - Ten rycerz jest gościem Zakonu.
- I wszystko jedno, co rzekł - wtrącił brat Gotfryd. - Bez sądu nie skaraliby Juranda, a na sądzie rzecz by musiała wyjść na wierzch.
- Co tedy będzie? - powtórzył brat Rotgier.
Nastała chwila milczenia, po czym zabrał głos surowy i zawzięty Zygfryd de Lőwe.
- Trzeba z tym krwawym psem raz skończyć! rzekł. - De Bergow musi być z więzów wydobyty. Ściągniem załogi ze Szczytna, z Insburka, z Lubawy, wezwiem chełmińską szlachtę i uderzym na Juranda... Czas z nim skończyć!
Lecz przebiegły Danveld, który umiał każdą rzecz na obie strony rozważyć, założył ręce na głowę, namarszczył się i po namyśle rzekł:
- Bez pozwolenia mistrza nie można.
- Jeśli się uda, to mistrz pochwali! - ozwał się brat Gotfryd.
- A jeśli się nie uda? Jeśli książę ruszy kopijników i uderzy na nas?
- Jest pokój między nim i Zakonem: nie uderzy!
- Ba! jest pokój, ale my go pierwsi naruszym. Załogi nasze przeciw Mazurom nie wystarczą.
- To mistrz ujmie się za nami i będzie wojna.