Tu zaciął się, szukając słów, o które było mu trudno, bo chociaż klękał jak zagraniczny rycerz przed dziewczyną, choć wszelkimi sposobami cześć jej okazywał i starał się unikać gminnych wyrażeń, jednakże próżno się silił na dworność, gdyż mając duszę polną, tylko po prostu umiał mówić.
Więc i teraz po chwili rzekł:
- Miłuję cię tak, aże mi dech zapiera!
Ona zaś podniosła na niego spod łasiczego kapturka modre oczęta i twarz wyszczypaną na różowo przez zimne leśne powietrze:
- I ja, Zbyszku! - odrzekła jakby z pośpiechem.
Po czym zaraz nakryła oczy rzęsami, bo już wiedziała, co to jest miłość.
- Hej, krocie ty moje! hej, dziewczyno ty moja! zawołał Zbyszko. - Hej!...
I znowu umilkł ze szczęścia i ze wzruszenia, lecz dobra, a zarazem ciekawa księżna przyszła im powtórnie z pomocą:
- Powiadajże - rzekła - jako ci się cniło bez niej, a zdarzy się li gąszczyk, to choćbyś ją tam i w gębę pocałował, nie będę krzywa, boć to najlepiej o twoim kochaniu zaświadczy.
Więc począł opowiadać, "jako mu się cniło" bez niej i w Bogdańcu przy doglądaniu Maćka, i między "somsiadami". O Jagience nic tylko nie wspomniał chytry wykrętnik - ale zresztą szczerze mówił, bo w tej chwili tak kochał śliczną Danusię, że chciało mu się chwycić ją, przesadzić na swego konia, wziąć przed się i trzymać przy piersiach.
Nie śmiał jednak tego uczynić; natomiast gdy pierwszy gąszczyk przedzielił ich od jadących za nimi dworzan i gości, pochylił się ku niej, objął ją i pochował twarz w łasiczy kaptur świadcząc tym uczynkiem o swej miłości.
Ale że zimą nie ma liści na krzach leszczynowych dojrzał go Hugo von Danveld i pan de Lorche, dojrzeli go również dworzanie i poczęli między sobą mówić:
- Poboćkał ci ją przy księżnie! Wierę, jako wnet im pani weselisko wyprawi.
- Chwacki to jakiś pachołek, ale i ona siarczysta Jurandowa krew!
- Krzemień to i krzesiwo, choć dziewka niby trusia. Pójdą z nich iskry, nie bój się! Przywarł ci do niej jak kleszcz do żywej skóry!