- A moja rycerska cześć? jakże?
- A jak było z Ryngałłą?
- Ryngałła księcia otruła - i pustelnik mnie rozwiązał.
- To cię w Tyńcu opat rozwiąże. Lepszy opat od pustelnika, jen to więcej zbójem niźli,zakonnikiem patrzvł.
- A nie chcÄ™.
Maćko zatrzymał się i zapytał z widocznym gniewem:
- No, to jakoże będzie?
- Jedźcie sobie sami do Witolda, bo ja nie pojadę.
- Ty knechcie! A kto się królowi pokłoni?... i nie żal ci to moich kości?
- Na wasze kości drzewo się zwali, jeszcze ich nie połamie. A choćby mi też było was żal - nie chcę do Witolda.
- Cóże będziesz robił? Sokolnikiem czyli też rybałtem przy dworze mazowieckim zostaniesz?
- Albo to sokolnik co złego? Skoro wolicie mruczeć niż mnie słuchać, to mruczcie.
- Gdzie pojedziesz? Za nic ci Bogdaniec? Pazurami będziesz w nim orał? bez chłopów?
- Nieprawda! Chwackoście wymądrowali z Tatarami. Zabaczyliście, co prawili Rusini, że Tatarów tyle najdziesz, ile ich pobitych na polu leży, a niewolnika nikt nie ułapi, bo Tatara we stepie nie zgoni. Na czymże go będę gonił? Na onych ciężkich ogierach, któreśmy na Niemcach wzięli? Widzicie no! A co za łup wezmę? Parszywe kożuchy i nic więcej. O, to dopiero bogaczem do Bogdańca zjadę! to dopiero mnie komesem nazowią!
Maćko umilkł, albowiem w słowach Zbyszkowych wiele było słuszności, i dopiero po chwili rzekł: