- Powiedz mu ode mnie, że sowę miłuje.
- Pan mój mówi, szlachetny rycerzu, że miłujecie sowę! - powtórzył jak echo Sanderus.
Na to pan de Lorche puścił cugle i prawą ręką począł odpinać, a następnie ściągać żelazną rękawicę, po czym rzucił ją w śnieg przed Zbyszkiem, ów zaś skinął na swego Czecha, aby ją podjął ostrzem kopii.
'Wtem Jędrek z Kropiwnicy zwrócił się do Zbyszka z twarzą już groźną i rzekł:
- Nie spotkacie się, powiadam; póki się moje stróżowanie nie skończy. Nie pozwolę, ni jemu, ni wam.
- Przecie ja go nie pozwałem, jeno on mnie.
- Ale za sowę. Dość mi tego, a który by się przeciwił... Ejże!... wiem i ja, jako pas okręcić.
- Nie chcę się z wami bić.
- A musielibyście ze mną, bo ja tamtego poprzysiągł bronić.
- To jakże będzie? - spytał uparty Zbyszko. - Ciechanów niedaleko.
- Ale co Niemiec pomyśli?
- Niech mu wasz człowiek powie, że tu spotkania być nie może i że pierwej musi być książęce pozwoleństwo dla was, a komturowe dla niego.
- Ba! a jeżeli pozwoleństwa nie dadzą?
- To się przecie znajdziecie. Dość gadania.
Zbyszko widząc, że nie ma rady, i rozumiejąc, że Jędrek z Kropiwnicy nie może istotnie na bitkę pozwolić, zawołał znów Sanderusa, aby wytłumaczył lotaryńskiemu rycerzowi, że bić się będą, dopiero jak staną na miejscu. De Lorche wysłuchawszy słów Niemca skinął głową na znak, że rozumie, a następnie wyciągnąwszy ku Zbyszkowi rękę potrzymał przez chwilę jego dłoń i ścisnął ją mocno po trzykroć, co wedle zwyczajów rycerskich oznaczało, że bić się ze sobą gdziekolwiek i kiedykolwiek muszą. Po czym w pozornej zgodzie ruszyli ku ciechanowskiemu zamkowi, którego tępe wieże widać już było na tle zarumienionego nieba.