- Jest jeden taki, że lepiej by Niemcu śmierć obaczyć niż jego; zowie się Jurand ze Spychowa.
Zadrgało w młodym rycerzu serce, gdy usłyszał to nazwisko - i wraz postanowił pociągnąć Jędrka z Kropiwnicy za język.
- Wiem! - rzekł - słyszałem: to ów, którego córka Danuta dwórką księżny była, póki się nie wydała.
I to rzekłszy począł pilnie patrzyć w oczy mazowieckiego rycerza tamując prawie dech w piersiach, ów zaś odrzekł z wielkim zdziwieniem:
- A wam to kto powiadał? Dyć to młódka. Bywa po prawdzie, że i takie wychodzą za mąż, ale Jurandówna nie wyszła. Sześć dni temu, jak wyjechałem z Ciechanowa i widziałem ją przy księżnie. Jakoże jej w adwencie wychodzić?
Zbyszko słysząc to wytężył całą siłę woli, by nie pochwycić Mazura za szyję i nie zakrzyknąć mu: Bóg ci zapłać za nowinę!" - pohamował się jednak " i rzekł:
- Bo słyszałem, że ją Jurand komuś oddał.
- Księżna chciała ją oddać, nie Jurand, jeno przeciw woli Jurandowej nie mogła. Chciała ją oddać jednemu rycerzowi w Krakowie, który dziewce ślubował i którego ona miłuje.
- Miłuje ci go? - zakrzyknął Zbyszko.
Na to Jędrek spojrzał na niego bystro, uśmiechnął się i rzekł:
- Wiecie, jakoś strasznie się o tę dziewuchę przepytujecie.
- Przepytuję o znajomych, ku którym jadę.
Mało Zbyszkowi widać było twarzy spod hełmu, ledwie oczy, nos i trochę policzków, ale za to nos i policzki tak były czerwone; że skory do drwin, a przechera Mazur rzekł:
- Pewnikiem od mrozu tak wam gęba pokraśniała jako wielkanocne jaje!
A młodzian zmieszał się jeszcze bardziej i odpowiedział: