Po czym widząc młodocianą twarz Zbyszkową dodał półgłosem:
- A również twoje włosy na brodzie.
I po chwili jechał obok Czecha. Przez czas jakiś nie mogli rozmawiać, albowiem dął silny wiatr i w boru szum był okrutny, lecz gdy się nieco uspokoiło, Zbyszko usłyszał za sobą następującą rozmowę:
- Nie przeczę ci, że w Rzymie byłeś, ale wyglądasz na piwożłopa - mówił Czech.
- Strzeż się wiekuistego potępienia - odrzekł nieznajomy - albowiem mówisz do człowieka, który zeszłej Wielkanocy jadł jaja na twardo z Ojcem Św. Nie mów mi na takie zimno o piwie, chyba o grzanym, ale jeśli masz gdzie przy sobie gąsiorek z winem, to daj mi dwa lub trzy łyki, a ja ci miesiąc czyśćca odpuszczę.
- Nie masz święceń, bom słyszał, żeś sam o tym mówił, jakoże więc odpuścisz mi miesiąc czyśćca?
- Święceń nie mam, ale głowę mam ogoloną; gdyż na to pozwoleństwo otrzymałem, prócz tego odpusty i relikwie wożę.
- W tych łubach? - zapytał Czech.
- W tych łubach. A gdybyście wszystko ujrzeli, co mam, padlibyście na twarze nie tylko wy, ale i wszystkie sosny w boru razem z dzikimi zwierzęty.
Lecz Czech, który był pachołek roztropny i doświadczony, spojrzał podejrzliwie na przekupnia odpustów i rzekł:
- A wilcy konie zjedli?
- Zjedli, gdyż są diabłom pokrewni, ale popękali. Jednegom ci rozpukniętego na własne oczy widział. Jeśli masz wino, to daj, bo choć wiatr ustał, alem przemarzł siedząc przy drodze.
Czech wina jednak nie dał i znów jechali w milczeniu, aż przekupień relikwij sam począł pytać:
- DokÄ…d jedziecie?
- Daleko. Ale tymczasem do Sieradza. Pojedziesz z nami?